(Przedpremierowo!)  We wspólnym rytmie // Jojo Moyes

(Przedpremierowo!) We wspólnym rytmie // Jojo Moyes



 Premiera 2 sierpnia!

    Właściwie, to do przeczytania tej książki bardziej przekonało mnie to, kto ją napisał, niż fabuła. Jojo Moyes, czyli autorce słynnego bestsellera Zanim się pojawiłeś, nie trzeba było dużo czasu, żeby podbić serducha polskich czytelników.    Jak na razie, ukazało się u nas bodajże cztery książki tej pani, a piątą, czyli We wspólnym rytmie będziecie mogli spotkać w księgarniach już w ten wtorek (2 sierpnia).

  O tej książce mam naprawdę dużo do powiedzenia, dlatego nie przedłużając przejdę od razu do fabuły, żeby potem nie przerwać nią moich chaotycznych rozmyśleń.


Od razu uprzedzam! 
Będzie sporo marudzenia, więc się przygotujcie!




 F A B U Ł A  

   Historia przedstawiona w tej książce ma dwie główne bohaterki - Natashę i Sarah. 
   Pierwsza z nich to prawniczka, która po rozwodzie z mężem, całe swoje życie poświęca swojej pracy. 
   Druga to czternastolatka, różniąca się od swoich rówieśniczek - nie nosi markowych ubrań, nie ma zbyt wielu przyjaciół (właściwie to chyba wcale ich nie ma), a jedyną bliską jej osobą jest dziadek, z którym mieszka. Co najważniejsze to właśnie on zaraził dziewczynę miłością do koni. 

   W tym samym niemalże momencie, życie obu z nich przybiera niespotykany obrót. 
   Były mąż Natashy postanawia sprzedać ich wspólny dom (który obecnie zamieszkuje Natasha), a do tego czasu się do niej wprowadza, co sprawia, że kobieta zaczyna czuć niechęć do tego miejsca. 
   Natomiast dziadek Sarah trafia do szpital i dziewczyna musi zacząć radzić sobie sama. Bardziej niż dziadkiem, zaczyna się obawiać o ich wspólnego konia Boo. Wcześniej to staruszek się nim zajmował, ale teraz ten obowiązek spada na Sarah.   

   Zarówno Natashy jak i Sarah jest bardzo trudno, ale gdy ich drogi się łączą, zaczyna być jeszcze gorzej ... 


 .     .     .




   Wspomniałam o marudzeniu, więc może od tego zacznijmy ... swoją drogą chyba zawsze lepiej zacząć od takiego marudzenia, bo potem można to w miarę możliwości pozytywnie zakończyć.  
 
   Jak tu się wkręcić? 
   Zawsze jest tak, że na początku trudno się wkręcić w nową historię, ale jak dla mnie tutaj było to nieco zagmatwane. Mogło mi się tak wydawać przez retrospekcje, które znienacka wkradały się w środek jakiegoś wydarzenia. 
   Jak dla mnie prawdziwa akcja zaczęła się dopiero gdzieś od setnej strony. Wtedy właśnie spojrzałam trochę inaczej na całą historię, a nawet zaczęła mi się ona podobać. 


   Natasha
   O MATULU, JAK ONA MNIE DENERWUJE!  
   Okey, rozumiem. Nie najlepiej przeżyła rozwód z mężem, a jeszcze w trakcie małżeństwa, dowiedziała się, że nie może mieć dzieci. TYLE ŻE z tego co wywnioskowałam podczas czytania, to ona pierwsza zdradziła swojego męża, a kiedy on, nagle na nowo się wprowadza, zaczyna się jeszcze bardziej nad sobą użalać. ( Jak ona tu ma źle! Jak on mógł jej to zrobić! UHH! )
    Najbardziej rozbraja mnie fakt, że Sarah znajduje się w znacznie gorszej sytuacji życiowej, w dodatku jest nastolatką, co na logikę oznacza, że jest szalejącą burzą hormonów (matko, to brzy jak zdanie z jakiegoś podręcznika do wychowania do życia w rodzinie), ale i tak tyle się nad sobą nie użala, tylko stara się być twarda. 
 
   Rozdziały i retrospekcje 
   Właściwie, to z tymi długimi rozdziałami, jest trochę jak z czcionką z Grega. (czyli to wcale nie ułatwia szybkiego czytania!)  
   Niestety, zbyt długie rozdziały występują w wielu książkach, więc nie jest to szczególny problem, w przypadku tej książki, ale musiałam o tym wspomnieć. 
   We wspólnym rytmie to dość gruba książka, a w dodatku litery są niezbyt duże, co spowodowało, że całość ciągnęła się w nieskończoność, a dodajmy do tego jeszcze nieco zbyt długie opisy. 

   O retrospekcjach już wspomniałam. Właściwie, były to takie wspomnienia, praktycznie znikąd. Większość z nich było o dawnym życiu Natashy, a rzadko kiedy Sarah. Zastanawiam się, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tą książką, ale te retrospekcje tak mieszały mi się w niektórych momentach z tym co się akurat działo, że naprawdę traciłam orientacje w całej akcji. 


   Dobra, proszę was, przejdźmy już do pozytywów! 

   Przede wszystkim warto tu wspomnieć o wątku Sarah, bo ten był naprawdę ciekawy. Nawet mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że dzięki niemu ta książka, może nieść ze sobą ważne przesłanie.

   Tak jak śmiało mogę nazwać Natashę najbardziej irytującą mnie bohaterką, o jakiej kiedykolwiek czytałam, tak o Sarze mogę powiedzieć, że jest jedną z tych bohaterek, na której przykładzie zaczynamy rozumieć najważniejsze ludzkie wartości. Pamiętajmy, że uczymy się na błędach, ale przecież nie tylko swoich, ale i innych i choć Sarah (jakby nie patrzeć) jest postacią zmyśloną, to na właśnie jej błędach, możemy się wiele nauczyć.

  Jeszcze jedno! 
  Kojarzycie może takie dramaty-romantyczne z końca XX i samego początku XXI wieku? Jeśli tak,(proszę powiedzcie, że tak!) to właśnie z takim klimatem kojarzyła mi się ta książka. Nie wiem nawet, jak to ująć w słowa, ale właśnie tak. (mogę śmiało nazwać ten post najbardziej nieogarniętym postem na tym blogu!). 


 No to w końcu polecasz Bandzia tę książkę, czy nie? 

   Powiem tak. Zdaję sobie sprawę, że ta powieść jest skierowana do starszych ode mnie kobiet, lubujących się w romansach i obyczajówkach, więc takim osobą, śmiało mogę polecić. 
   Tak jak mówię, ta książka (jak dla mnie!) ma swoje wady, ale przecież nie od dzisiaj wiemy, że każdy ma inny gust czytelniczy i każdy lubi co innego.
   Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę napisać, że fanom twórczości Jojo Moyes ta książka się spodoba, bo była to moja pierwsza przygoda z tą autorką. Czy ostania? Szczerze przyznam, że nie wiem, ale nawet jeśli, to na pewno nie w najbliższym czasie. 

  Ta opinia była tak mega nieogarnięta! Przepraszam was za to, ale targają mną mieszane odczucia co do We wspólnym rytmie, a po za tym książka ma premierę już we wtorek, więc trochę też odczuwam presję czasu, żeby napisać o niej przed premierą. 


Mam nadzieję, że mimo wszystko, miło wam się czytało. 
Pozdrawiam!
BANDZIA 💜




   Za swój przedpremierowy egzemplarz, chciałam bardzo podziękować wydawnictwu Znak Literanova. Dziękuję! 💕

Morderstwo w Orient Expressie // Agatha Christie

Morderstwo w Orient Expressie // Agatha Christie


   Gdyby ktoś powiedział mi, załóżmy dwa lata temu, że zachwycę się jakimś kryminałem, to wątpię, że bym mu uwierzyła. Nigdy mnie do tego nie ciągnęło, a już nie wspomnę o tym, że Morderstwo w Orient Expressie to niezaprzeczalny klasyk, nie tylko jeżeli chodzi o kryminały, ale o ogólną, światową literaturę. (a ja i klasyka, raczej się nie kochamy). 
   Mimo to, już na początku mogę napisać, że ta książka tak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, że sama nie mogę tego pojąc. 

   Przede wszystkim, ogromny podziw i uznanie należy się pani Christie, bo nie wiem czy wiecie, ale napisała ona w ciągu swojego życia ponad 80 kryminałów! (plus jeszcze kilka powieści obyczajowych, które napisała pod pseudonimem Mary Westmacott). 
   Powiem tak, jeżeli każda z tych zagadek była tak zagmatwana, tak dopracowana, jeżeli chodzi szczegóły (przypomnę jeszcze o tym, że kryminały pani Agathy słynęły z niespodziewanych zakończeń) to ja nie wiem jaką trzeba było mieć do tego głowę! 

  Ale może teraz skupimy się na Morderstwie w Orient Expressie...


F   A   B   U   Ł   A

   Herkules Poirot po rozwiązaniu sprawy kryminalnej w Azji wraca do Europy. 
   Pociąg Orient Express, którym podróżuje, grzęźnie w zaspie śnieżnej. W nocy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie jeden z pasażerów. Detektyw Poirot rozpoczyna dochodzenie, a jego podróż zamienia się w śledztwo. Fakty wskazują, że zabójca zajmuje przedział w tym samym wagonie… 
   Czy Poirot zdoła rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa? Sprawa nie należy do łatwych - każdy pasażer jest podejrzany… 


  `    `    `


   Za szybko na początku wyleciałam z tym zachwalaniem. Planowałam, że zacznę od tego iż postanowiłam przeczytać tą książkę nie tylko, dlatego że chciałam przekonać się do kryminałów (i w sumie klasyki jednocześnie... Ależ ze mnie spryciula, nie?), ale i też ze względu na nową ekranizacje tejże książki, która na ekrany kin zawędruje w listopadzie. Choć, chyba ważniejszym powodem było dla mnie polubić się z kryminałami ...  Zaraz! Stop! Bo znowu zjeżdżam na inne tory! 
   Haha, na tory, a to książka o pociągu ... Nie? Nie śmieszne? Dobra, już koniec.

  Jeżeli zamierzacie przeczytać Morderstwo w Orient Expressie (kto wie, może po tej recenzji będziecie chcieli zrobić to szybciej) to podczas czytania zwróćcie uwagę na to, że mimo iż mamy tu do czynienia z morderstwem, to w tej książce nie znajdziecie krwawych opisów. Wiem, to dość dziwne jeżeli chodzi o kryminały (choć, co ja tam wiem), ale pani Christie potrafiła  świetnie zbudować napięcie w całej tej sprawie i jak dla mnie takie opisy byłyby tam nawet zbędne. 

   Przyznam. O tej książce nie da się zbyt wiele mówić, bo tę książkę trzeba po prostu przeczytać


   Na ten moment kończę i znów przepraszam za małą aktywność.
  Odnoszę wrażenie, że moje posty to połowa o książkach, a druga o tym, że ciągle mnie tutaj nie ma ... Ale za to koniecznie muszę Wam podziękować za to, że mimo iż niezbyt często coś piszę, to wyświetleń nigdy nie ubywa! Jesteście kochani! 💕

 Oby wrzesień kojarzył Wam się lepiej niż mi ...
Pozdrawiam i niech moc będzie z wami! 
B A N D Z I A  💛  

   
  
Książkowe ekranizacje // 2017

Książkowe ekranizacje // 2017


   Właściwie ten post będzie dość banalny. (kurde, Bandzia, jak ty umiesz zachęcić ludzi do czytania.) 

   Postanowiłam pokazać wam kilka filmów, które zostały stworzone na podstawie jakiś różnych książek i swoją premierę mają (czy może już miały) w 2017 roku. Głównie chciałam się tu skupić na tych młodzieżowych, bo ostatnio odniosłam wrażenie, że kiedyś był jakiś większy przepych na tego typu filmy. Wiecie, może to dlatego, że gdy jakaś książka miała być zekranizowana to jakoś więcej się o tym słyszałam, a teraz mimo, że siedzę tyle na bookstagramie, to i tak o tych nowych ekranizacjach dowiaduję się z różnych filmowych profili na YouTubie. 
   Swoją drogą, chyba bardziej nastała moda na seriale (co mnie oczywiście wcale nie cieszy, ale o tym może kiedy indziej). 

   Dobra! Bo się rozgadałam!  
   Przejdźmy, więc do tych ciekawych ekranizacji, które udało mi się znaleźć. 


( jak klikniecie na któreś ze zdjęć obok opisu filmu, to stanie się magia i przeniesie was na stronę Filmweb'u, gdzie może dowiecie się więcej o danej ekranizacji )

Złodzieje Snów // Maggie Stiefvater

Złodzieje Snów // Maggie Stiefvater


   Jaką ocenę można dać książce, która w sumie bardzo mi się podobała, ale przeczytanie jej zajęło mi grubo ponad pół roku? A co najlepsze książka ta wcale nie ma tysiąca stron, tylko nie całe 500.

  Złodzieje Snów to kontynuacja Króla Kruków. Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście pierwszego tomu ... właściwie, dlaczego tego nie zrobiliście? Do czytania! A jak nie czujecie się przekonani, to odsyłam was do mojej recenzji pierwszego tomu > o tutaj! < . Mam nadzieję, że uda mi się was przekonać ...


  No, a ja teraz przejdę do gadania o Złodziejach Snów.
  Zwykle staram się opisywać wam fabułę swoimi słowami, ale ze względu na to, że teraz jak najszybciej chce przejść do gadania o książce, to po prostu zaczerpnę fabułę ze strony internetowej Empika. (jak coś, to link jest pod słowem "FABUŁA").
 


 F A B U Ł A 
( Empik.com )


   Jeśli moglibyście kraść przedmioty ze swoich snów, co byście zabrali?
   Ronan Lynch ma sekret. Sekret, który ukrywa przed innymi, a czasem nawet przed samym sobą. Ronan potrafi kraść przedmioty ze snów. Nie jest jedyną osobą, która ich pragnie.
  Od wydawcy:
   Ronan wciąż głębiej zapada się w swoich snach, które stają się coraz bardziej realne i coraz mocniej wkraczają w jego życie na jawie. Teraz, gdy przebudziła się linia mocy dookoła Cabeswater, nic już nie będzie takie samo.
   Tymczasem pewien tajemniczy Szary Mężczyzna szuka artefaktu, który pozwoliłby kraść przedmioty ze snów, i przypuszcza, że Ronan go ma.
   Czy czwórka przyjaciół – Ronan, Gansey, Blue i Adam – poradzi sobie z tym, co szykuje dla nich los, i czy w końcu uda im się znaleźć legendarnego Króla Kruków – Glendowera?
   Stawką jest wielka moc i ktoś musi być gotów, by jej użyć.

o      o      o


  Właściwie, to było tak, że około trzech dni temu, w nocy zmusiłam się (!) do skończenia tej książki. Udało mi się kupić ją we wrześniu (w zeszłym roku), za tych pamiętnych czasów, kiedy Kruczy Cykl był w ogóle trudno dostępny. (właściwie zmieniło się to całkiem niedawno, bo po polskiej premierze czwartego tomu). 
    
   Jednak, dlaczego tak długo zajęło mi jej przeczytanie? 
   W sumie, to jest to tylko i wyłącznie moja wina, bo książka wcale nie odstaje poziomem od pierwszego tomu. Nadal jest to fantastyczna historia, w której nie tylko poznajemy kilku nowych bohaterów, ale też dowiadujemy się jeszcze więcej o tych głównych. Szczególnie jeżeli chodzi o postać Ronana. (co właściwie mogliście już wywnioskować czytając opis fabuły). 
   Jest on bohaterem tak charakterystycznym i niepowtarzalnym, że swoją osobistością udało mu się podbić Bookstagrama! Dowodem na to jest chociażby to, ile nazw użytkowników zawiera jego imię lub nazwisko ... Bookstagramowicze wiedzą, o czym mówię 😃

   Król Kruków owszem był taką książką z dreszczykiem, ale przy Złodziejach Snów się autentycznie bałam! I to do tego stopnia, że odłożyłam na chwilę książkę i dopiero po chwili zaczęłam znowu czytać. 
   W sumie ... to też nie świadczy o książce, że jest straszna - tylko o mnie, że boje się wszystkiego, co związane z cieniami i koszmarami


Copyright © 2014 Eat, Pray and Read , Blogger